.    .
 
Opowiadania laureatek konkursu o Złote Pióro
W ramach Złotej Wiosny Miejski Ośrodek Kultury w Zgierzu zorganizował Konkurs Literacki o Złote Pióro, na który nadesłano 14 prac na temat "Bezwymiarowe i niewidzialne".
Uczennica klasy V - Dominika Lewacka - zdobyła Złote Pióro, natomiast uczennica klasy VI -Agata Stala - otrzymała Brązowe Pióro. Z pewnością warto przeczytać nagrodzone opowiadania.
Zamieszczamy poniżej opowiadania lauretek konkursu i zachęcamy innych uczniów do udziału w kolejnych konkursach literackich i nie tylko.
 
                  Dominika Lewacka

 

Było ciemno. Deszcz padał tak mocno, że z rynien lały się strumienie wody. Sunęła pogrążoną w mroku uliczką, a deszczówka sięgała jej niemal do kolan. Skręciła w lewo. Teraz brukowana alejka nie była tak mroczna, bo przy chodniku żarzyła się lampa. Kamienice były zapełnione rasistowskimi graffiti. Szła dalej, wzdłuż rzędu samochodów zaparkowanych przy jezdni, by w końcu trafić na cel swojej podróży. Obok jej szkoły, tak znienawidzonej przez lata, stało małe boisko do gry w koszykówkę. Siedziało tam kilka zakapturzonych postaci. Jedna z nich, najwyższa, z jasnymi włosami i szklaną butelką w ręku, szeptała do swoich towarzyszy jednocześnie chichocząc pod nosem. Gdy usłyszała czyjeś kroki, błyskawicznie obróciła się i wstała. Gdy ją zobaczyła, na początku uśmiechnęła się mściwie, a potem ona i reszta jej kompanów zmieniła się w półprzezroczyste, emanujące bladą niebieską poświatą zjawy. Nie były ani materialne, ani bezcielesne. Po prostu były. Powoli podpłynęły do niej, rozsiewając dookoła chłód tak straszny, że dreszcze przebiegłyby po plecach nawet niedźwiedzia polarnego. Zjawy wnikały w jej ciało, a ona nie mogła nic z tym zrobić. Nagle poczuła uderzenie powietrza tak mocne, że duchy rozpłynęły się w powietrzu. Nie miało określonej temperatury, jednak nie było to przyjemne. Odepchnęło ją do tyłu z taką siłą, że zwaliła się z nóg. Na szczęście woda częściowo złagodziła upadek, ale jednak skończyło się jedną blizną na prawym policzku. Oszołomiona, wstała i rozejrzała się. Była w swoim pokoju. Zdziwiła się tak bardzo, że nie usłyszała wołania swojej mamy dobiegającego z salonu.


-Sonja, jesteś z nami? Zrobiłam tosty. -Tak, już idę! Dotknęła swojego prawego policzka. Poczuła piekący ból pod palcami, gdy jej dłoń dotknęła blizny. Sonja miała 15 lat, a jej rodzicami byli urodzeni Niemcy. Sama mieszkała w Mittenwalde, niedużym mieście pod Berlinem. Do Polski przeprowadziła się w wieku 4 lat, kiedy jej tata stracił pracę. Byli zmuszeni przenieść się do Poznania, aby utrzymać majątek. Przez jej pochodzenie nie była lubiana w szkole. Przez niektórych nawet znienawidzona. Sonja niestety nie miała przyjaciela na śmierć i życie, lecz jedyną osobą w klasie, która nie żywiła do niej odrazy był Rafał. On z kolei nie był lubiany za to, że kolegował się z Sonją. Syknęła z bólu. Podbiegła do lustra w łazience i zobaczyła szeroką na 10 centymetrów szramę, która nie wyglądała, jakby miała zamiar się zagoić i zniknąć. Przestraszyła się, gdy ujrzała głowę mamy zaglądającej zza drzwi.

 -Mogę się zapytać, co robisz?

-Nic.

-Nie kłam.

 – W jej głosie można było dosłyszeć nutę zawodu.

 -Nie kłamię!

-O Boże, co ty masz na policzku?

-Nic, już mówiłam. –Sonja starała się ukryć szramę, lecz jej się nie udało.

 -Skąd masz tę bliznę?!

-Nie wiem.

-Pokaż się! Chwyciła za jej koszulkę i pociągnęła do siebie tak szybko, że Sonja przez chwilę nie wiedziała, co się dzieje. Obejrzała dokładnie jej twarz.

-Obawiam się, że w szkole to zauważą. –

Co w takim razie mam zrobić?

-Nie wiem.

Kominiarka odpada, pomyślą, że masz świra. Możesz mieć cały czas na sobie kaptur, ale pani Kłos przekierowuje każdego takiego ucznia do dyrektora.

Masz dzisiaj matematykę?

 -Nie.

-Więc warto spróbować.

Sonja zjadła więc śniadanie i ubrała się. Czekając na autobus (miejski, bo szkolnego nie znosiła), zastanawiała się nad tą sprawą. Jak to się stało, że choć uderzyłam się w śnie, blizna została? Czy jak w kolejnych koszmarach się uderzę, zostanie na zawsze? I dlaczego to tak piecze? W autobusie też myślała nad tą sprawą. Odkryła też, że jak jest w ciepłym pomieszczeniu, szrama boli ją bardziej, niż gdy jest w zimnym pokoju. Nie musiała się na razie niczym martwić, ponieważ była końcówka jesieni, ale jak zacznie się lato… Nie mogę wytrzymać 22°C, a upał? To musi być koszmar. Nagle drgnęła, gdy w jej głowie pojawiła się myśl. Te zjawy roznosiły chłód, czyli że same go lubiły. Czy to możliwe, że są we mnie? Odtrąciła tę myśl. Zresztą w idealnym momencie, bo za oknem zobaczyła swoją szkołę, a w wejściu stała… -Dzień dobry, Bergmann. Ładny kaptur! Dlaczego go założyłaś? To była Amelia. Ta sama, jasnowłosa Amelia, która w śnie Sonji trzymała szklaną butelkę i dowodziła amebami. Każe innym nazywać się Angelą, więc wymyśliła świetny dowcip.

-Dzień dobry, Amelio.

-Jak… Jak śmiesz?!- Najwidoczniej zaschło jej w gardle, bo kaszlnęła i pstryknęła palcami.

Z sali wejściowej wyszło kilka osób. Były to Robert, Michał i Damian, pomocnicy swojej ,,przyjaciółki”. Sonja zresztą nie sądziła, by nawet się kumplowali, ale chłopaki musieli wykonywać rozkazy Angeli. -Zdejmijcie jej ten przebrzydły kaptur! I dajcie mi jej plecak, zobaczymy, czy ma ze sobą jakiś hajs. Spodziewała się tego. Od dawna poszukiwała miejsca w szkole, przez które mogła bezpiecznie przebiec do hallu, nie natrafiając na bandę Amelii. Udawała, że strasznie się boi, jak Michał i Damian podeszli do niej z boków, a Robert poszedł prosto na nią i z iskierkami w oczach wpatrywał się w jej kaptur. Kiedy wyciągnął rękę, Sonja zrobiła unik, kucając. Następnie prześliznęła się na kolanach między Damianem a Angelą i puściła się biegiem dookoła szkoły. Kiedy była już na drugim końcu budynku, wspięła się na wierzbę, a stamtąd weszła na dach kawałka parterowej stołówki. Trzymając się mocno dachówek, przeszła na drugą stronę do wejścia, gdzie nie było już nikogo. Ześliznęła się po zadaszeniu i zeskoczyła na głaz będący ozdobą. Stamtąd już bez trudu wbiegła do hallu i skręciła w lewo do sali chemicznej. Kiedy wchodziła, zadzwonił dzwonek na lekcję. Usiadła w ostatniej ławce, aby być z dala od nauczycielki. W chwili, w której wyciągała podręcznik, kaptur zasunął jej się na głowę. ,,O nie! Czy to możliwe, że przez całą moją ucieczkę miałam go na plecach? Błagam, żeby nikt mnie nie zauważył!”. Sonja tego dnia była bardzo spięta. Prawie wcale nie uważała na lekcjach, bo głowiła się, czy ktoś ją zobaczył. Ale by było śmiesznie, gdyby wszyscy dowiedzieli się, że ta Niemka Sonja ma bliznę na policzku. Pewnie będzie pytana, kto ją uderzył, bo chce temu komuś podziękować. Kiedy w końcu wydostała się z murów swojej szkoły, wsiadła do autobusu i pojechała do domu. Rozkoszowała się chwilami, w których siedziała przy otwartym oknie, ale ustąpiła miejsca jakiejś starej kobiecie i musiała stać. A że był tłum ludzi wracających z pracy, było też ciasno i gorąco – blizna piekła ją tak, że przyciskała rękę do policzka. Ta sama pani, której ustąpiła miejsca, zapytała się jej, czy boli ją ząb. Ona odpowiedziała, że nie, i chichocząc cicho, wysiadła na swoim przystanku. Ach, jak cudownie wiatr szeleści złotymi liśćmi! Jak wspaniale jest znowu znaleźć się na nim, aby powiewał włosami i łagodził pieczenie blizny! Nie chciała już wcale wracać do domu, chciała tylko stać i smakować wiatr… Kiedy tak odsłaniała twarz na niebo, usłyszała dojeżdżający do podjazdu samochód. Co? Już tata wrócił? Ile ja tak stałam?! Wychodząc z samochodu, pan Bergmann też zaczerpnął świeżego powietrza, a potem wpatrzył się w córkę. Zmarszczył brwi i ściągnął usta. Nie był tak dobry w języku polskim jak Sonja, która uczyła się go od małego, więc powiedział po niemiecku:

-Wyczuwam, że coś ci dolega.

-Nic, naprawdę.

– Machnęła ręką w stronę domu. – Chociaż ja wyczuwam zapach spaghetti.

Z uśmiechami na twarzach weszli do kuchni. Stała tam mama, właśnie nakładając makaron. -Cześć, mamo! -Cześć, żono! -Cześć, córko! Cześć, mężu! Śmiejąc się, razem usiedli do stołu. Po posiłku obejrzeli fakty w telewizji, a potem Sonja wywołała naradę rodzinną- kiedy któryś członek rodziny chciał coś powiedzieć, właśnie ją wywoływał. Pokazała tacie bliznę i opowiedziała swój sen. Podczas gdy mamę zalała fala dreszczy, tata (jak to zresztą miał w zwyczaju) zamknął oczy i przyjął pozę człowieka głęboko zamyślonego. Sonja miała ogromne szczęście, bo jej rodzice nie uważali ją za kretynkę, ale przyjęli hipotezę snu i uważali, że to nie był zwykły sen. Zastanawiali się całą rodziną (nawet kot rasy sfinks Puszek dołączył do zbiorowego milczenia), aż w końcu mama się odezwała: -Słyszałam o jakimś uczonym, który zajmuje się sprawami snów. Możemy do niego pójść. Reszta zaaprobowała to kiwnięciem głowy.

Jako że samochód mamy był w garażu, wsiedli do auta taty i zrobili sobie wycieczkę do Gniezna. Tam już od progu powitał ich pulchny staruszek z długą, siwą brodą i zmarszczkami na starym czole.

-Panie Piotrze, mamy do Pana pytanie.

 –Powiedziała do niego mama.

– Nasza córka miała jakiś dziwny koszmar, w którym… Niech sama Panu powie.

–Popatrzyła na Sonję, a ta powtórzyła cały swój sen profesorowi i pokazała mu szramę na policzku.

-Hmm… -zastanowił się.

– Słyszałem kiedyś o takich przypadkach, kiedy złe duchy opanowują ciało człowieka podczas snu, ale nigdy nie spotkałem się z czymś takim. Jeśli chodzi o bliznę, to zrobiły właśnie one. Nie bój się, zabieg ,,usunięcia duchów” nie boli, chociaż nie jest przyjemny. Wystarczy tylko pierzyna i koniecznie gorąca herbata z miętą i tym.

 –Pokazał jej woreczek czegoś ususzonego.

-Oto zguba duchów. Zioło naparstnicy purpurowej i melisa. – Podszedł do czajnika, nalał wody i zaparzył herbatę. –Mówiłaś, że w ciepłych pomieszczeniach boli cię blizna. Wtedy duchy częściowo uciekają z twojego umysłu. – Podał jej kubek z ziołami, uniósł swój i zawołał ,,Do dna!”.

* * *

Tymczasem w Ashton w Karolinie Południowej Lucas zerwał się z łóżka zlany potem. Miał straszny nocny koszmar pełen jakichś zjaw i duchów. Chcąc wytrzeć pot z czoła, dotknął tam prawą ręką. Wyczuł szeroką, bolesną bliznę.

 

               Agata Stala



Niewidzialne istnienie 

Wszędzie było czarno. Wstałam z ziemi i rozejrzałam się. Nic tu nie ma! Dosłownie. Nie widać, ani ziemi, na której stoję, ani ścian, czy dachu. Po prostu wszystko jest czarne. Nagle, za plecami, usłyszałam przerażający głos.

- Jesteś jedną z nas!- mówiła postać. Natychmiast się odwróciłam, a tam ujrzałam jakąś tajemniczą istotę. Cała była czarna. Oczy wyglądały, jakby świeciły żywą czerwienią, a w ustach miała ostre, jak brzytwa kły.

-Kim jesteś?- zapytałam niepewnie. Nie odpowiedziała.

Wtem, zaczęły okrążać nas jakieś zjawy. Już się miały na mnie rzucić i rozszarpać gdy... gwałtownie podniosłam się do pozycji siedzącej. Rozejrzałam się dookoła. Byłam w moim małym pokoiku. Spojrzałam na zegarek, stojący na szafce nocnej. Jest godzina 6:30. Jeszcze zdążę do szkoły. Wstałam z łóżka i podeszłam do szafy. Wyjęłam z niej mundurek i poszłam do łazienki się przebrać. Zeszłam do kuchni, a na stole zobaczyłam małą karteczkę. Szybko podeszłam i ją zabrałam. Był to list od taty. Znowu jest dłużej w pracy. Czasami myślę, że jest tam tylko po to, aby nie przebywać w moim towarzystwie. To w sumie tak samo, jak i cała szkoła. Jestem uważana za dziwną i nie mam przyjaciół, czy chociaż znajomych. Nie wiem czemu. Jestem taka sama, jak inni. Po prostu, ja nie mam jednego z rodziców, ale i tak nikt o tym nie wie. No, nikt oprócz nauczycieli i dyrekcji. Odłożyłam list na stół i poszłam zrobić sobie tosty. Po śniadaniu umyłam zęby i poszłam do pokoju po plecak. Wyszłam z domu i zakluczyłam drzwi. Droga minęła mi spokojnie. Mijałam mnóstwo, już kwitnących drzew wiśni. Doszłam do szkoły. Otworzyłam drzwi i weszłam do budynku. Podeszłam do mojej szafki i zmieniłam buty. Ruszyłam korytarzem do klasy, w której odbyć miała się lekcja matematyki. Usiadłam w ostatniej ławce i rozpakowałam potrzebne mi przedmioty. Zaraz potem zadzwonił dzwonek, oznajmiający początek zajęć. Do sali wszedł nauczyciel. -Witaj klaso.- oznajmił. - Dzisiaj będziemy omawiać działania algebraiczne. Zapiszcie proszę temat w zeszytach.- mówiąc to pisał coś na tablicy. 

Przebieg zajęć nie interesował mnie zbytnio. Całą lekcję patrzyłam się w okno. Było to o wiele ciekawsze niż jakieś równania i działania, których i tak z bełkotu matematyka nie byłam w stanie zrozumieć. Cały dzień ciągnął się w nieskończoność. Po wszystkich lekcjach udałam się w drogę powrotną. Idąc sobie spokojnie zobaczyłam coś skulonego pod opuszczonym budynkiem. Przez chwilę nie wiedziałam co zrobić. "Podejść czy nie?"- zadawałam sobie to pytanie w myślach. "Może on potrzebuje pomocy?!" - krzyczałam do siebie. W pewnym momencie poczułam, jakby coś mnie popchnęło w stronę tego człowieka. Podeszłam bliżej i zobaczyłam, że jest to chłopak odrobinę starszy ode mnie. Był smutny, jakby odtrącony przez świat. Poczułam, że jest tak samo niewidzialny dla innych, jak ja. Nie chciałam go zostawiać, a jednocześnie bałam się do niego odezwać. Nikt nie uczył mnie rozmowy z ludźmi, a przez to stałam się aspołeczna. Podeszłam jeszcze bliżej i kucnęłam przed nim.

-Hej wszystko dobrze?- zapytałam. On tylko się na mnie niepewnie spojrzał i momentalnie schował twarz w kolanach.

-Ej, nie musisz się bać. Chcę ci pomóc.- powiedziałam kładąc rękę na jego ramieniu. On na ten gest spojrzał na mnie ze strachem. Musiał przeżyć coś okropnego, że boi się dotyku. Zauważyłam, pojedynczą łzę spływającą po jego lodowatym i spuchniętym policzku. Nie mogąc, na to już patrzeć, przytuliłam go do siebie i czekałam, aż się uspokoi. Ku mojemu zdziwieniu, odwzajemnił uścisk i rozpłakał się na całego. Przed śmiercią mama powiedziała mi, że prawdziwą ulgę przynoszą dwie rzeczy. Jedną jest płacz, a drugą powiedzenie na głos wszystkich swoich problemów, zażaleń i smutków. Pozwoliłam mu płakać na moje ramię. Chwilę później poczułam jakąś dziwną więź z tym chłopakiem, jakbym znała go na wylot, ale przecież nawet nie znam jego imienia.

-Hej, jak się nazywasz?- zapytałam go kiedy już się uspokoił.

-Haru.- powiedział cichutko i niepewnie.

-Ja mam na imię Mienai.

Jesteś cały zimny. Nie powinieneś tak tu siedzieć. Chodź ze mną do domu.- powiedziałam wstając i podając mu rękę. Złapał ją i razem ruszyliśmy. Doszliśmy razem do mieszkania. Podarowałam mu ciepłe ubrania i w czasie, gdy on czyścił swoje ciało z brudu, ja zaparzyłam herbaty. Usiedliśmy spokojnie przy stole i w ciszy piliśmy napój. Wtem zobaczyłam, jak mój gość trzęsie się z zimna. Natychmiast wstałam od stołu i ruszyłam do pokoju po ciepły koc, którym okryłam Haru.

-Dziękuję. - powiedział z trudem. Po chwili ciszy zadzwonił mój telefon. Był to mój tata. Odebrałam szybko i dowiedziałam się, że nie wróci do domu przez kolejny tydzień, bo pilnie musi wyjechać w delegację. Wyjątkowo ucieszyła mnie ta wiadomość. Haru będzie mógł tu zostać. Była już późna godzina, więc pokazałam koledze, gdzie może spać i podarowałam piżamę. Sama za to ruszyłam do salonu i uwaliłam się na białej kanapie. Zamknęłam oczy i czekałam, aż odpłynę do krainy morfeusza. Dwie godziny próbowałam zasnąć, a sen nie przychodził. Nagle usłyszałam jakieś hałasy na schodach. Wstałam z kanapy, a w kuchni zobaczyłam Haru.

-Hej. Nie możesz spać?- zapytałam wchodząc do kuchni. Chłopak w odpowiedzi tylko pokiwał twierdząco głową.

-Wygląda na to, że mamy taki sam problem. Może opowiesz mi coś o sobie?- dodałam po chwili.

-Niech będzie.- powiedział niepewnie. Wziął parę głębokich oddechów, po czym zaczął mówić.

-Gdy miałem rok, zostałem oddany do domu dziecka. Nie pamiętam, kim byli moi rodzice, ani czemu mnie tam zostawili. Byłem samotny. Nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Miałem własny, mały pokój z nie dużym oknem i białymi ścianami. Stało tam drewniane biurko i sosnowe łóżko. Tak minęło mi pięć lat. Nikt nie chciał przygarnąć takiego czegoś, jak ja. Byłem niewidzialny. Czułem jakby wszyscy przenikali przez mnie. Jakbym był duchem, którego nikt nie widzi. Pewnego dnia do sierocińca przyszedł wysoki, umięśniony, jasnowłosy mężczyzna. Powiedział, że poszukuje chłopca w wieku sześciu lat. Wychowawczyni zaprowadziła go do nas i dziwnym trafem nieznajomy facet wybrał mnie. Z początku bardzo się ucieszyłem. Pomyślałem, że stanę się w końcu dla kogoś widzialny. Niestety świat bywa okrutny, a przekonałem się o tym zbyt wcześnie.

- Haru nagle przerwał. Widziałam jak po jego policzkach płyną gorzkie łzy. Przytuliłam go. Wiem, że opowiadanie swojej przeszłości musi być dla niego trudne. Kiedy chcemy o czymś zapomnieć, mówienie o tym sprawia, że często czujemy się jeszcze gorzej. Ale ja potrzebuję tych informacji, by móc mu pomóc.

-Chcesz przerwać?- zapytałam z troską w głosie.

-Nie. Już jest dobrze.- odpowiedział. -Początek naszej relacji nie był zły. Ojczym oprowadził mnie po domu i pokazał mój własny pokój. Myślałem, że już wszystko zacznie się układać... nawet nie wiesz, jak bardzo się pomyliłem. Uznałem, że zapisze mnie on do szkoły. Znajdę kolegów i zacznę wszystko od nowa. Okazało się, że dla niego liczą się tylko pieniądze. Adoptował mnie tylko dla własnego zysku. Zmuszał mnie do ciężkiej pracy w polu, a gdy wracałem zmęczony do domu, musiałem sprzątać i gotować. Często nie wystarczało dla mnie jedzenia. Chodziłem głodny i odwodniony. Kiedy zrobiłem źle jakąś błahostkę, karał mnie w bardzo okrutny sposób. Wyżywał się na mnie i używał jako worek treningowy. Na ogół kończyło się to siniakami. Parę razy miałem podbite oko. Zdarzyło się też tak, że nie mogłem złapać oddechu i miałem złamane żebra. Prawda jest taka, że los dał mi drugą szansę, której nie byłem zdolny wykorzystać.

Byłam przerażona jego opowieścią. W tym momencie, byłam w stanie poczuć jego ból. Ja zawsze czułam się samotna i niezauważalna, ale nikt nie traktował mnie w tak okrutny sposób jak jego. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak ciężko musiało mu być bez wsparcia, którego nie poczuł nigdy w swoim życiu. Ja, jeszcze kiedy żyła mama, byłam szczęśliwą dziewczynką w szczęśliwej rodzinie. Kiedy mamy zabrakło, światełko radości zniknęło razem z nią. Haru, jako mały, niewinny chłopiec z ufnością patrzył na świat, a dostał cierpienie i ból. Jednak życie nie jest kolorowe dla wszystkich i teraz zostało mi to pokazane w jeszcze większym stopniu niż sama przeżyłam. Mimowolnie po moim policzku spłynęła pojedyncza łza. Nim się zorientowałam zaczęłam szlochać. Wtem, poczułam obejmujące mnie ręce. Był to Haru, który wyraźnie zmartwił się moim stanem.

-Hej, nie płacz już.- powiedział i wytarł spływającą łzę. Trwaliśmy w uścisku jeszcze kilka minut, aż oślepiło nas światło wschodzącego słońca za oknem. Byliśmy tak zmęczeni, że mimo początku dnia, poszliśmy spać. Gdy otworzyłam oczy, było już południe. Nie poszłam do szkoły. “No, trudno, kto powiedział że ten dzień nie może być inny od wszystkich.”- pomyślałam i ruszyłam po laptop do pokoju taty. Nagle ze schodów zszedł Haru i zaspanym głosem zapytał.

 -Czego szukasz?

-Jak nazywał się dom dziecka, do którego zostałeś oddany?- zapytałam. Haru zamyślił się na moment, ale po chwili odparł - Hoikujo. A po co chcesz to wiedzieć?

-Szukam czegoś o twojej historii w internecie. To nam może pomóc.- odpowiedziałam i wstukałam nazwę domu dziecka w wyszukiwarkę google. Było tam zdjęcie pięcioletniego Haruki, a pod fotografią było napisane “Haruka Nanase.”

To dziwne, ma na nazwisko tak samo jak ja. Trochę posiedzieliśmy przed laptopem, oglądając zdjęcia z sierocińca. Mojemu towarzyszowi przypomniało się kilka nielicznych śmiesznych historyjek, które mi opowiedział. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam na jego twarzy szczery uśmiech. Dowiedziałam się o nim parę ciekawych rzeczy. Weszliśmy też na stronę mojej szkoły. Teraz to ja zaczęłam opowiadać mu smutne, jak i te śmieszne historie z mojego samotnego życia. Pierwszy raz czułam z kimś taką więź. Naprawdę rozumieliśmy się bez słów. Ja rozumiałam jego ból, a on pocieszał mnie kiedy opowiadałam coś smutnego. Tak minęła nam cała reszta tego słonecznego dnia. Następnego ranka, Haru zaczął pomagać mi w sprzątaniu domu. Uwinęliśmy się z tym szybko i ruszyliśmy do kuchni, aby zrobić śniadanie. Jajecznica wyszła świetnie. Pierwszy raz jadłam coś tak pysznego. Nanase ma wielki talent. Kiedy spokojnie siedzieliśmy sobie na kanapie i oglądaliśmy jakieś filmy, Haruka wstał, mówiąc, że idzie się napić wody. Nagle z kieszeni bluzy, którą miał na sobie wypadła jakaś kartka. Schyliłam się i podniosłam ją z podłogi. Wyglądała jak stary, napisany własnoręcznie list. Usiadłam z powrotem na miękkiej sofie i zaczęłam go czytać. “Pamiętaj, zawszę będę cię kochać. Przepraszam. Mama”

-Co to?- zapytał mój gość. Przez moment zastanawiałam się co mu powiedzieć. Jednak, nagle doznałam olśnienia. “To musi być wiadomość od mamy Haru!”- pomyślałam.

-Wypadło ci to z kieszeni.- powiedziałam podnosząc kartkę do góry.

-Musi być twój.

-Możliwe, że jest to list od mojej mamy.- odparł.

Podałam mu papier, a on zaczął go czytać. Po jego minie, można było wywnioskować, że jest zdziwiony zaistniałą sytuacją.

-Ciekawe co on tu robi. Byłem pewien, że go gdzieś zgubiłem.- powiedział składając list i kładąc go na stoliku kawowym, stojącym przed kanapą. Chwilę rozmawialiśmy o tym wszystkim i nagle uznałam, że już gdzieś widziałam ten podpis co widniał na notatce. Wstałam na równe nogi i pobiegłam razem z Haru do biura taty.

-Właściwie to co tu robimy? - zapytał.

-Tu mogą być jakieś informacje o tobie. - powiedziałam i zaczęłam grzebać po szafkach. Po paru godzinach szukania, w końcu znalazłam listy od mojej mamy, które napisała przed śmiercią. Wszędzie był dokładnie ten sam podpis i to samo pismo. Oby dwoje mieliśmy wrażenie, że listy mogła pisać ta sama osoba. Odłożyłam znaleziska na biurko i zaczęłam szukać zdjęć.

-Znalazłam!- krzyknęłam.

-Co takiego?- zapytał Haru, przeglądając jakieś stare dokumenty.

-Spójrz na te zdjęcia. Czy tak wyglądała twoja mama?- powiedziałam podchodząc do niego. Wziął ode mnie fotografie i rozszerzył szeroko oczy.

-Tak - powiedział cicho. - Tak wyglądali moi rodzice.

Nagle drzwi do gabinetu otworzyły się, a w nich stał mój ojciec.

-Wróciłem wcześniej… kto to jest?!- powiedział poirytowany tata.

-Dzień dobry, nazywam się Haruka Nanase.- powiedział niepewnie.

Tata przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. Upuścił dokumenty i stał w osłupieniu.

 -Synu!- krzyknął i podbiegł do nas, zamykając w szczelnym uścisku.

Jestem pewna, że gdyby mama tu była, płakałaby ze szczęścia tak jak ja i Haru. 



-Sonja, jesteś z nami? Zrobiłam tosty. -Tak, już idę! Dotknęła swojego prawego policzka. Poczuła piekący ból pod palcami, gdy jej dłoń dotknęła blizny. Sonja miała 15 lat, a jej rodzicami byli urodzeni Niemcy. Sama mieszkała w Mittenwalde, niedużym mieście pod Berlinem. Do Polski przeprowadziła się w wieku 4 lat, kiedy jej tata stracił pracę. Byli zmuszeni przenieść się do Poznania, aby utrzymać majątek. Przez jej pochodzenie nie była lubiana w szkole. Przez niektórych nawet znienawidzona. Sonja niestety nie miała przyjaciela na śmierć i życie, lecz jedyną osobą w klasie, która nie żywiła do niej odrazy był Rafał. On z kolei nie był lubiany za to, że kolegował się z Sonją. Syknęła z bólu. Podbiegła do lustra w łazience i zobaczyła szeroką na 10 centymetrów szramę, która nie wyglądała, jakby miała zamiar się zagoić i zniknąć. Przestraszyła się, gdy ujrzała głowę mamy zaglądającej zza drzwi.

Wszystkie prawa zastrzeżone © Zespół Szkół Społecznych 2009 - 2020